środa, 4 maja 2016

zZIAJAna liśćmi manuka ;)

Witajcie po dość długiej przerwie.

Niestety, nowa praca wymogła na mnie 12 godzinną obecność poza domem, stąd też wielkie braki w blogu. Teraz postaram się nadgonić stracony czas, a więc zapraszam do lektury! :)

Dziś o słynnej serii "liście manuka" z Ziaji.

Na stronie producenta (TUTAJ) możemy przeczytać, jakie preparaty wchodzą w skład całej serii, jednak ja skupię się na 4 produktach, których miałam okazję używać. A będą to:
a) pasta do głębokiego oczyszczania przeciw zaskórnikom,
b) tonik zwężający pory na dzień/na noc,
c) żel myjący normalizujący na dzień/na noc,
d) żel z peelingiem oczyszczający pory na dzień/na noc.

Kremów z Ziaji nie używałam, gdyż posiadam na razie zapasy kremów na cały rok :D

***

Nie ma co ukrywać, że najbardziej zadowolona jestem z pasty oczyszczającej
Wszystkie informacje dotyczące składu, zastosowania, przeznaczenia itp. znajdziesz TU.
Osobiście uważam, że to jeden z nielicznych produktów, który prawie w 100% spełnia obietnice wypisane na opakowaniu. Dla mnie to jeden z najlepszych produktów do mycia twarzy, a jednocześnie najlepszy produkt z całej serii z liśćmi manuka.
Jestem zakochana w tej paście z wielu powodów. Po pierwsze zdecydowanie oczyszcza skórę twarzy, zmywa resztki pozostałego makijażu (nie wiem, czy sprawdziłaby się jako produkt do demakijażu). Po drugie w przeciwieństwie do innych znanych mi produktów dedykowanych cerze tłustej nie wysusza jej, wygładza skórę oraz przygotowuje ją do kolejnych zabiegów. Pomimo iż jest to pasta z drobinami nie powoduje ona podrażnień. Ponadto do technicznych plusów można zaliczyć jej wydajność, dostępność oraz cenę.
Wspomniałam wcześniej, że pomimo moich "ochów" i "achów", produkt zadowala mnie PRAWIE na 100%, to "prawie" bierze się stąd, iż, mimo obietnic, produkt nie redukuje zmian na skórze, aczkolwiek poprzez swoje świetne właściwości oczyszczające zaskórniki pojawiają się rzadziej :)
Nota: 4,99/5!

Miejsce drugie na podium zajmują dwa produkty, dlatego że oba mają swoje plusy i minusy, każdy służy mi do czegoś innego i z każdego nie jestem aż tak bardzo zadowolona jak z pasty. Mowa tu o żelu z peelingiem oraz żelu normalizującym
Oba te produkty wchodzą w skład serii z liśćmi manuka, a więcej o nich przeczytać można TU oraz TU.

Żel z peelingiem to coś pośredniego między pastą a żelem normalizującym
Do plusów zaliczyć można przede wszystkim fakt, że spełnia on swoją podstawową rolę, a więc oczyszcza skórę twarzy, jednocześnie delikatnie ją peelingując. Drobinki peelingujące jak dla mnie są w sam raz, nie podrażniają skóry, o ile zabieg przeprowadzamy w sposób delikatny, a nie szorując twarz, bo wtedy mogą wystąpić podrażnienia. Podobnie jak pasta, wygładza skórę, ale nie powoduje uczucia jej ściągnięcia. Na duży plus jest opakowanie z pompką, które pozwala na precyzyjne dozowanie kosmetyku, w zależności od potrzeb, czego w przypadku pasty bardzo mi brakuje.
Jeśli chodzi o minusy, to ten produkt jednak pozostaje w tyle za pastą, bo choć dobrze oczyszcza, nie zauważyłam ani zwężenia porów, ani redukcji niedoskonałości, o czym zapewnia producent.

Żel normalizujący to taki peeling bez peelingu (gdyby porównać go z produktem opisanym wyżej). Dla mnie produkt jest to dobry produkt myjący na dzień. Na noc wolę używać peelingu, gdyż precyzyjniej domywa skórę z resztek makijażu, natomiast na dzień bardziej sprawdza się ten żel. Po jego zastosowaniu mam wrażenie delikatnie oczyszczonej, odświeżonej skóry, która przygotowana jest do makijażu.
Tu w szeregu plusów i minusów pojawia się dokładnie to samo, co w przypadku żelu z peelingiem, a więc ogólnie jest ok, jednak kwestii błyszczenia, usuwania czy przeciwdziałania niedoskonałości itd. nie zauważam.

Podsumowując: oba produkty świetnie sprawdzają się do mycia twarzy, nie robią jakiegoś wielkiego szału, ale absolutnie nie wyrządzają skórze krzywdy. Ocena 4/5.

I na koniec coś, co uważam za totalną porażkę. Mój NIEulubiony produkt z tejże serii, tonik zwężający pory (opis).
Ja nie wiem, dlaczego, jakim cudem czy sprawką diabelską stało się, że ten produkt tak bardzo się u mnie nie sprawdza. Z pozostałych produktów jestem zadowolona, a z niektórych wręcz bardzo, ale ten tonik rozczarował mnie doszczętnie.
Po doświadczeniach z poprzednimi produktami byłam pewna, że sięgam po produkt dobry, spełniający swoje podstawowe zadania na 5+, a może dodatkowo coś tam zadziała. Podejście to pękło jak bańka z mydła już po pierwszym zastosowaniu. Ale myślę sobie "Daj mu czas", więc dałam... i mam wrażenie, że go zmarnowałam.
Żeby nie było, że produkt jest taki "be" od początku do końca, to powiem Wam, że jakieś tam plusiki jednak ma. Odświeża skórę, nawet dobrze radzi sobie z pozostałościami po demakijażu, ładnie pachnie i nie zostawia tłustego filmu. OK, jest dobrze, pomyślicie, ale... ten tonik nie jest przeznaczony do "domywania", "odświeżania" itp., ale do zwężania porów i łagodzenia zmian trądzikowych, czego u mnie w ogóle nie robi. Ponadto mam wrażenie, że pozostawia uczucie ściągnięcia skóry twarzy.
A oliwy do ognia dolewa jeszcze forma opakowania. Niezależnie od tego, jaką formę aplikacji stosowałam, byłam niezadowolona. Psikanie sobie tym specyfikiem po twarzy, jako odświeżająca mgiełka, było kłopotliwe, bo albo pisukałam sobie tym dookoła siebie, albo prosto w oczy, a aplikowanie tego produktu na wacik też jest dosyć pracochłonne, gdyż trzeba go sporo "napsikać", a wiadomo, że połowa z tego i tak rozejdzie się w powietrzu. Wniosek: opakowanie powoduje spadek wydajności i komfortu używania.
Ocena: 1/5.

P. S. Gdyby producent zmienił nazwę z toniku zwężającego pory na odświeżającą mgiełkę byłoby i nawet 5/5 ;)

***

Podsumowując: seria Ziaja liście manuka są naprawdę produktami godnymi polecenia (w większości). Sprawdzają się na skórze tłustej i mieszanej, nie wysuszając jej, nie podrażniając, spełniając swoje podstawowe zadania (no, może oprócz toniku).
Ja jestem zadowolona, może nie robią one wielkiego efektu WOW (ale dotychczas nie spotkałam żadnego produktu, który takowy by robił), jednak należą one do moich ulubionych produktów do pielęgnacji twarzy. Ogólna ocena (choć ten przeklęty tonik i tak ją zbytnio zaniża) to: 3,5/5, ale gdyby wyrzucić tonik byłoby mocne 4!

poniedziałek, 1 lutego 2016

Bubel roku 2015 - tusz do rzęs Rimmel Scandaleyes xxtreme.

Witajcie!

Wprawdzie do naszych drzwi zapukał już drugi miesiąc 2016 roku, ja jeszcze rozliczam się kosmetycznie z rokiem ubiegłym. Już niedługo pojawią się na moim blogu wpisy dotyczące pozostałych ulubieńców 2015, tymczasem dzisiaj chciałabym Wam przedstawić bubel roku 2015, którym stał się tusz do rzęs Rimmel Scandaleyes xxtreme w różowym opakowaniu.


Do tej pory byłam zadowolona z tuszów marki Rimmel, dlatego też, gdy kupiłam ten byłam przekonana, że znów trafiłam na rewelacyjny produkt w niewygórowanej cenie. Jak bardzo się pomyliłam...

Cena: W regularnej sprzedaży jest to około 25-27 złotych, jednak można go dostać na różnych promocjach w różnych drogeriach. Ja kupiłam go w Rossmannie przy okazji promocji -40%.

Opakowanie: Rzekłabym, że opakowanie jak opakowanie, żadnych rewelacji, jednakże trzeba przyznać, że wyrazisty róż zwraca swoją uwagę (niestety, na zdjęciach jest on bardziej wypłowiały, w rzeczywistości jest bardzo oczo...wpadający! ;)

Pojemność: 12 ml, a więc trochę większa niż standardowa.

Rodzaj tuszu: pogrubiający, zagęszczający, wydłużający, rozdzielający rzęsy - a więc wszystko w jednym!

Szczoteczka: Ona zasługuje w tym tuszu na największą uwagę, gdyż jest innowacyjna. Z jednej strony ma krótkie silikonowe włoski, które mają za zadanie pogrubić nasze rzęsy, z drugiej ma wygięty łuk dłuższych włosków, które to mają wydłużać i rozdzielać rzęsy.


Co mówi producent: "Pogrubiająca formuła tuszu Rimmel Scandaleyes Xxtreme zagęszcza rzęsy sprawiając, że spojrzenie nabiera bardziej wyrazistego charakteru. Unikalna szczoteczka maksymalizuje siłę spojrzenia z podwójną siłą. Wygięta strona szczoteczki pogrubia i zagęszcza rzęsy jedna po drugiej. Płaska strona szczoteczki wydłuża i rozdziela rzęsy nie pozostawiając grudek".



Opinia: Producent zachwala w niebogłosy, jaki to cudowny tusz, z niemniej cudowną szczoteczką. I w jednym ma rację - używając szczoteczki z innym tuszem spełnia ona swoje zadanie, jednak sam tusz pozostawia wiele do życzenia.
Używałam go (a raczej mordowałam) przez okres kilku miesięcy, za każdym razem dając mu szansę. Niestety, na samym początku użytkowania tusz był tak wodnisty i lejący, że nie można było nim pomalować rzęs bez ubrudzenia połowy twarzy, a czasem nawet łazienki. Buteleczka jest tak skonstruowana, że nie zbiera nadmiaru tuszu, przez co zostaje go na szczoteczce o WIELE za dużo (patrz zdjęcie powyżej). W efekcie, jeśli chcemy pomalować rzęsy, musimy wycierać szczoteczkę kilkakrotnie o kant butelki, co jest pracochłonne i bezsensowne, a na dodatek mało estetyczne. Z racji tego, że tusz jest wodnisty, istnieje ryzyko, że podczas wycierania nadmiaru tuszu będzie on ochlapywał wszystko dookoła. Zdecydowanie nie o to chodzi w malowaniu rzęs!


Czytałam jednak na kilku stronach, że czasami tak jest i jedynym ratunkiem dla takiego tuszu jest przeczekanie, aż trochę zastygnie i zgęstnieje. Może dla innych tak, dla tego nie! Termin jego użyteczności po otwarciu to 12 miesięcy, ja czekam już z dobre 4 lub 5, ale nadal mam czarną mazię zamiast tuszu.
Przejdźmy jednak do bardziej interesującej części, a więc co tusz robi z rzęsami? Jak widać po opisie producenta robi cuda wianki na każdy problem, w rzeczywistości robi to:
  • masakrycznie skleja rzęsy (a przecież miał rozdzielać),
  • ciężko szczoteczką dosięgnąć krótkich rzęs w kącikach oczu,
  • tragicznie odbija się na powiekach, choćbym nie wiem jak starannie i delikatnie tuszowała rzęsy,
  • bardzo wolno schnie, więc jeśli nawet jakimś cudem udało mi się nie upaciać się podczas malowania, to i tak odbije się na powiece,
  • przy dwóch warstwach widocznie obciąża rzęsy, można nabawić się efektu "owadzich nóżek",
  • bardzo ciężko się zmywa, choć nie jest wodoodporny, jedynie taki płyn micelarny daje sobie z nim radę,
  • osypuje i rozmazuje się po krótkim czasie.
Żeby nie było, że produkt ten nie ma ani jednej zalety:
  • ma bardzo głęboki czarny kolor,
  • rzeczywiście część wydłużająca szczoteczki spełnia swoje zadanie, rzęsy są wydłużone,
  • nie ma drażniącego zapachu.
Moja ocena: 2/10 i to tylko dlatego, że udało mi się znaleźć jakieś małe plusiki.
NIE POLECAM!
  •  

wtorek, 5 stycznia 2016

Ulubieńcy 2015 roku - włosy

Witajcie!

Po dość długiej przerwie przychodzę do Was z nowym postem, w którym to chciałabym się z Wami podzielić moimi ulubieńcami minionego roku.
Przepraszam, że tak długo mnie nie było, ale miałam poważne problemy zdrowotne, które unieruchomiły mnie na długi czas. Mam nadzieję, że spędziliście magiczny czas świąteczny oraz, że wraz z nowym 2016 rokiem wszystkie Wasze marzenia się spełnią!
A teraz przejdźmy do rzeczy!

Rok 2015 był dla mnie ważny pod względem kosmetycznym, gdyż w ciągu tych 12 miesięcy przetestowałam mnóstwo kosmetyków, zarówno te, które były mi wcześniej znane, jak i totalnie dla mnie nowych. Z tych testów wynikło wiele spostrzeżeń, uwag, ale także przyjemności i nieprzyjemności, o których będę Was regularnie informować. Ponieważ ulubieńców zebrało się trochę, postanowiłam podzielić go na mniejsze posty. Dziś opowiem Wam o swoich włosowych ulubieńcach 2015.

1. Ulubiony szampon:
Dawno, dawno temu wydawało mi się, że wybór szamponu nie jest jakiś istotny dla moich włosów, z założenia, szampon miał myć i na tym kończyły się moje oczekiwania względem tego produktu. Jednak problemów z włosami miałam coraz więcej, więc zasięgałam porad i opinii w coraz to nowszych źródłach i doznałam szoku! Okazało się, że szampon jest ważny, a jeszcze ważniejszy jest sposób jego użytkowania, choć do tej pory wydawało mi się, że mycie głowy jest takie oczywiste. 
Przez cały rok przetestowałam wiele szamponów, lepszych i gorszych, ale zdecydowanie moim numerem jeden okazał się Timotei precious oils drogocenne olejki:


Bardzo dobrze myje moje włosy, genialnie się pieni i ma zniewalający zapach. Ponadto nie zawiera parabenów i barwników, a dodatkowo ma w swoim składzie organiczny ekstrakt z jaśminu, drogocenny olejek arganowy i migdałowy. Według producenta nadaje się on do włosów normalnych aż po suche, ale nawet z moimi, lekko przetłuszczającymi się, świetnie współpracuje. Ponadto nawilża i wygładza włosy, dodając im blasku. Dla mnie najlepszy szampon minionego roku! 

2. Odżywka do włosów.
Tutaj poszłam za ciosem i wraz z wyżej wymienionym szamponem stosowałam odżywkę z tej samej serii i również w tym przypadku się nie zawiodłam.

Podobnie jak szampon nie zawiera ona parabenów ani barwników, a ma w swoim składzie te same odżywcze składniki. Włosy po tym produkcie są pachnące, nawilżone, miękkie, miłe w dotyku i zniewalająco pachną! 

3. Maska do włosów
Tej pani chyba żadnej włosomaniaczce nie trzeba przedstawiać. Zdecydowanie najlepsza maska, jaką do tej pory używałam, bije na głowę nawet słynne Biovaxy! Mowa oczywiście o Alterrze bio-owoc granatu i bio-aloes:


Jest to maska do włosów suchych i zniszczonych, ale z powodzeniem może być stosowana na wszystkich rodzajach włosów. Głęboko odżywia włosy oraz zapewnia im miękkość, nawilżenie i blask. Nie zawiera parabenów, sztucznych barwników, substancji zapachowych oraz barwników (swój zniewalający zapach zawdzięcza naturalnym składnikom). Jest to produkt bez silikonów, parafiny i innych substancji ropopochodnych, a więc czysta natura zamknięta w małej tubce, która potrafi z włosami czynić cuda!

4. Suchy szampon
Tego rodzaju produktów nie używam praktycznie w ogóle, gdyż zawsze tak gospodaruję czasem, by mieć umyte włosy na każdą okazję. Jednak zdarzają się w życiu sytuacje awaryjne, których przewidzieć nie można, a w których należy (lub przynajmniej wypadałoby) uczestniczyć ze świeżymi włosami. Moim suchym szamponem roku 2015 jest... puder dla niemowląt babydream!  


Jest on rewelacyjną alternatywą dla gotowych produktów, ponadto jest o wiele delikatniejszy dla skóry głowy (patrz skład), łatwiej się go wyczesuje, a włosy po użyciu są świeże, nieobciążone i delikatnie pachną. Zdecydowanie lepszy niż wszystkie dostępne na rynku suche szampony!

5. Termoochrona
Ponieważ już dawno porzuciłam swój burzliwy romans z suszarką i wracam do niego jedynie w kryzysowych momentach, nie stosowałam zbyt wielu produktów z tej kategorii. Jednak romans z prostownicą raz na jakiś czas pielęgnuję (szczególnie w okresie zimowym), dlatego też musiałam zapewnić moich kłaczką sowitą ochronę. Długo szukałam produktu, który by mnie w 100% zadowolił i wciąż takiego nie znalazłam, jednak z czystym sercem ulubieńcem 2015 mogę nazwać spray prostujący włosy Marion keratin mix. Nie jest to oczywiście produkt do typowej termoochrony, jednakże nie dość, że pomaga ujarzmić moje włosy podczas prostowania, to również zapewnia im ochronę przed gorącem prostownicy. Jest on bardzo dobrym produktem dla włosów suchych, zniszczonych, a przy tym niezdyscyplinowanych. Dla mnie jak na razie najbliższy ideału!



Szczegółowe recenzje ulubieńców 2015 w kategorii włosy już wkrótce na blogu! :)