Wprawdzie do naszych drzwi zapukał już drugi miesiąc 2016 roku, ja jeszcze rozliczam się kosmetycznie z rokiem ubiegłym. Już niedługo pojawią się na moim blogu wpisy dotyczące pozostałych ulubieńców 2015, tymczasem dzisiaj chciałabym Wam przedstawić bubel roku 2015, którym stał się tusz do rzęs Rimmel Scandaleyes xxtreme w różowym opakowaniu.
Do tej pory byłam zadowolona z tuszów marki Rimmel, dlatego też, gdy kupiłam ten byłam przekonana, że znów trafiłam na rewelacyjny produkt w niewygórowanej cenie. Jak bardzo się pomyliłam...
Cena: W regularnej sprzedaży jest to około 25-27 złotych, jednak można go dostać na różnych promocjach w różnych drogeriach. Ja kupiłam go w Rossmannie przy okazji promocji -40%.
Opakowanie: Rzekłabym, że opakowanie jak opakowanie, żadnych rewelacji, jednakże trzeba przyznać, że wyrazisty róż zwraca swoją uwagę (niestety, na zdjęciach jest on bardziej wypłowiały, w rzeczywistości jest bardzo oczo...wpadający! ;)
Pojemność: 12 ml, a więc trochę większa niż standardowa.
Rodzaj tuszu: pogrubiający, zagęszczający, wydłużający, rozdzielający rzęsy - a więc wszystko w jednym!
Szczoteczka: Ona zasługuje w tym tuszu na największą uwagę, gdyż jest innowacyjna. Z jednej strony ma krótkie silikonowe włoski, które mają za zadanie pogrubić nasze rzęsy, z drugiej ma wygięty łuk dłuższych włosków, które to mają wydłużać i rozdzielać rzęsy.
Co mówi producent: "Pogrubiająca formuła tuszu Rimmel Scandaleyes Xxtreme zagęszcza rzęsy sprawiając, że spojrzenie nabiera bardziej wyrazistego charakteru. Unikalna szczoteczka maksymalizuje siłę spojrzenia z podwójną siłą. Wygięta strona szczoteczki pogrubia i zagęszcza rzęsy jedna po drugiej. Płaska strona szczoteczki wydłuża i rozdziela rzęsy nie pozostawiając grudek".
Opinia: Producent zachwala w niebogłosy, jaki to cudowny tusz, z niemniej cudowną szczoteczką. I w jednym ma rację - używając szczoteczki z innym tuszem spełnia ona swoje zadanie, jednak sam tusz pozostawia wiele do życzenia.
Używałam go (a raczej mordowałam) przez okres kilku miesięcy, za każdym razem dając mu szansę. Niestety, na samym początku użytkowania tusz był tak wodnisty i lejący, że nie można było nim pomalować rzęs bez ubrudzenia połowy twarzy, a czasem nawet łazienki. Buteleczka jest tak skonstruowana, że nie zbiera nadmiaru tuszu, przez co zostaje go na szczoteczce o WIELE za dużo (patrz zdjęcie powyżej). W efekcie, jeśli chcemy pomalować rzęsy, musimy wycierać szczoteczkę kilkakrotnie o kant butelki, co jest pracochłonne i bezsensowne, a na dodatek mało estetyczne. Z racji tego, że tusz jest wodnisty, istnieje ryzyko, że podczas wycierania nadmiaru tuszu będzie on ochlapywał wszystko dookoła. Zdecydowanie nie o to chodzi w malowaniu rzęs!
Czytałam jednak na kilku stronach, że czasami tak jest i jedynym ratunkiem dla takiego tuszu jest przeczekanie, aż trochę zastygnie i zgęstnieje. Może dla innych tak, dla tego nie! Termin jego użyteczności po otwarciu to 12 miesięcy, ja czekam już z dobre 4 lub 5, ale nadal mam czarną mazię zamiast tuszu.
Przejdźmy jednak do bardziej interesującej części, a więc co tusz robi z rzęsami? Jak widać po opisie producenta robi cuda wianki na każdy problem, w rzeczywistości robi to:
- masakrycznie skleja rzęsy (a przecież miał rozdzielać),
- ciężko szczoteczką dosięgnąć krótkich rzęs w kącikach oczu,
- tragicznie odbija się na powiekach, choćbym nie wiem jak starannie i delikatnie tuszowała rzęsy,
- bardzo wolno schnie, więc jeśli nawet jakimś cudem udało mi się nie upaciać się podczas malowania, to i tak odbije się na powiece,
- przy dwóch warstwach widocznie obciąża rzęsy, można nabawić się efektu "owadzich nóżek",
- bardzo ciężko się zmywa, choć nie jest wodoodporny, jedynie taki płyn micelarny daje sobie z nim radę,
- osypuje i rozmazuje się po krótkim czasie.
- ma bardzo głęboki czarny kolor,
- rzeczywiście część wydłużająca szczoteczki spełnia swoje zadanie, rzęsy są wydłużone,
- nie ma drażniącego zapachu.
NIE POLECAM!




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz