środa, 4 maja 2016

zZIAJAna liśćmi manuka ;)

Witajcie po dość długiej przerwie.

Niestety, nowa praca wymogła na mnie 12 godzinną obecność poza domem, stąd też wielkie braki w blogu. Teraz postaram się nadgonić stracony czas, a więc zapraszam do lektury! :)

Dziś o słynnej serii "liście manuka" z Ziaji.

Na stronie producenta (TUTAJ) możemy przeczytać, jakie preparaty wchodzą w skład całej serii, jednak ja skupię się na 4 produktach, których miałam okazję używać. A będą to:
a) pasta do głębokiego oczyszczania przeciw zaskórnikom,
b) tonik zwężający pory na dzień/na noc,
c) żel myjący normalizujący na dzień/na noc,
d) żel z peelingiem oczyszczający pory na dzień/na noc.

Kremów z Ziaji nie używałam, gdyż posiadam na razie zapasy kremów na cały rok :D

***

Nie ma co ukrywać, że najbardziej zadowolona jestem z pasty oczyszczającej
Wszystkie informacje dotyczące składu, zastosowania, przeznaczenia itp. znajdziesz TU.
Osobiście uważam, że to jeden z nielicznych produktów, który prawie w 100% spełnia obietnice wypisane na opakowaniu. Dla mnie to jeden z najlepszych produktów do mycia twarzy, a jednocześnie najlepszy produkt z całej serii z liśćmi manuka.
Jestem zakochana w tej paście z wielu powodów. Po pierwsze zdecydowanie oczyszcza skórę twarzy, zmywa resztki pozostałego makijażu (nie wiem, czy sprawdziłaby się jako produkt do demakijażu). Po drugie w przeciwieństwie do innych znanych mi produktów dedykowanych cerze tłustej nie wysusza jej, wygładza skórę oraz przygotowuje ją do kolejnych zabiegów. Pomimo iż jest to pasta z drobinami nie powoduje ona podrażnień. Ponadto do technicznych plusów można zaliczyć jej wydajność, dostępność oraz cenę.
Wspomniałam wcześniej, że pomimo moich "ochów" i "achów", produkt zadowala mnie PRAWIE na 100%, to "prawie" bierze się stąd, iż, mimo obietnic, produkt nie redukuje zmian na skórze, aczkolwiek poprzez swoje świetne właściwości oczyszczające zaskórniki pojawiają się rzadziej :)
Nota: 4,99/5!

Miejsce drugie na podium zajmują dwa produkty, dlatego że oba mają swoje plusy i minusy, każdy służy mi do czegoś innego i z każdego nie jestem aż tak bardzo zadowolona jak z pasty. Mowa tu o żelu z peelingiem oraz żelu normalizującym
Oba te produkty wchodzą w skład serii z liśćmi manuka, a więcej o nich przeczytać można TU oraz TU.

Żel z peelingiem to coś pośredniego między pastą a żelem normalizującym
Do plusów zaliczyć można przede wszystkim fakt, że spełnia on swoją podstawową rolę, a więc oczyszcza skórę twarzy, jednocześnie delikatnie ją peelingując. Drobinki peelingujące jak dla mnie są w sam raz, nie podrażniają skóry, o ile zabieg przeprowadzamy w sposób delikatny, a nie szorując twarz, bo wtedy mogą wystąpić podrażnienia. Podobnie jak pasta, wygładza skórę, ale nie powoduje uczucia jej ściągnięcia. Na duży plus jest opakowanie z pompką, które pozwala na precyzyjne dozowanie kosmetyku, w zależności od potrzeb, czego w przypadku pasty bardzo mi brakuje.
Jeśli chodzi o minusy, to ten produkt jednak pozostaje w tyle za pastą, bo choć dobrze oczyszcza, nie zauważyłam ani zwężenia porów, ani redukcji niedoskonałości, o czym zapewnia producent.

Żel normalizujący to taki peeling bez peelingu (gdyby porównać go z produktem opisanym wyżej). Dla mnie produkt jest to dobry produkt myjący na dzień. Na noc wolę używać peelingu, gdyż precyzyjniej domywa skórę z resztek makijażu, natomiast na dzień bardziej sprawdza się ten żel. Po jego zastosowaniu mam wrażenie delikatnie oczyszczonej, odświeżonej skóry, która przygotowana jest do makijażu.
Tu w szeregu plusów i minusów pojawia się dokładnie to samo, co w przypadku żelu z peelingiem, a więc ogólnie jest ok, jednak kwestii błyszczenia, usuwania czy przeciwdziałania niedoskonałości itd. nie zauważam.

Podsumowując: oba produkty świetnie sprawdzają się do mycia twarzy, nie robią jakiegoś wielkiego szału, ale absolutnie nie wyrządzają skórze krzywdy. Ocena 4/5.

I na koniec coś, co uważam za totalną porażkę. Mój NIEulubiony produkt z tejże serii, tonik zwężający pory (opis).
Ja nie wiem, dlaczego, jakim cudem czy sprawką diabelską stało się, że ten produkt tak bardzo się u mnie nie sprawdza. Z pozostałych produktów jestem zadowolona, a z niektórych wręcz bardzo, ale ten tonik rozczarował mnie doszczętnie.
Po doświadczeniach z poprzednimi produktami byłam pewna, że sięgam po produkt dobry, spełniający swoje podstawowe zadania na 5+, a może dodatkowo coś tam zadziała. Podejście to pękło jak bańka z mydła już po pierwszym zastosowaniu. Ale myślę sobie "Daj mu czas", więc dałam... i mam wrażenie, że go zmarnowałam.
Żeby nie było, że produkt jest taki "be" od początku do końca, to powiem Wam, że jakieś tam plusiki jednak ma. Odświeża skórę, nawet dobrze radzi sobie z pozostałościami po demakijażu, ładnie pachnie i nie zostawia tłustego filmu. OK, jest dobrze, pomyślicie, ale... ten tonik nie jest przeznaczony do "domywania", "odświeżania" itp., ale do zwężania porów i łagodzenia zmian trądzikowych, czego u mnie w ogóle nie robi. Ponadto mam wrażenie, że pozostawia uczucie ściągnięcia skóry twarzy.
A oliwy do ognia dolewa jeszcze forma opakowania. Niezależnie od tego, jaką formę aplikacji stosowałam, byłam niezadowolona. Psikanie sobie tym specyfikiem po twarzy, jako odświeżająca mgiełka, było kłopotliwe, bo albo pisukałam sobie tym dookoła siebie, albo prosto w oczy, a aplikowanie tego produktu na wacik też jest dosyć pracochłonne, gdyż trzeba go sporo "napsikać", a wiadomo, że połowa z tego i tak rozejdzie się w powietrzu. Wniosek: opakowanie powoduje spadek wydajności i komfortu używania.
Ocena: 1/5.

P. S. Gdyby producent zmienił nazwę z toniku zwężającego pory na odświeżającą mgiełkę byłoby i nawet 5/5 ;)

***

Podsumowując: seria Ziaja liście manuka są naprawdę produktami godnymi polecenia (w większości). Sprawdzają się na skórze tłustej i mieszanej, nie wysuszając jej, nie podrażniając, spełniając swoje podstawowe zadania (no, może oprócz toniku).
Ja jestem zadowolona, może nie robią one wielkiego efektu WOW (ale dotychczas nie spotkałam żadnego produktu, który takowy by robił), jednak należą one do moich ulubionych produktów do pielęgnacji twarzy. Ogólna ocena (choć ten przeklęty tonik i tak ją zbytnio zaniża) to: 3,5/5, ale gdyby wyrzucić tonik byłoby mocne 4!

poniedziałek, 1 lutego 2016

Bubel roku 2015 - tusz do rzęs Rimmel Scandaleyes xxtreme.

Witajcie!

Wprawdzie do naszych drzwi zapukał już drugi miesiąc 2016 roku, ja jeszcze rozliczam się kosmetycznie z rokiem ubiegłym. Już niedługo pojawią się na moim blogu wpisy dotyczące pozostałych ulubieńców 2015, tymczasem dzisiaj chciałabym Wam przedstawić bubel roku 2015, którym stał się tusz do rzęs Rimmel Scandaleyes xxtreme w różowym opakowaniu.


Do tej pory byłam zadowolona z tuszów marki Rimmel, dlatego też, gdy kupiłam ten byłam przekonana, że znów trafiłam na rewelacyjny produkt w niewygórowanej cenie. Jak bardzo się pomyliłam...

Cena: W regularnej sprzedaży jest to około 25-27 złotych, jednak można go dostać na różnych promocjach w różnych drogeriach. Ja kupiłam go w Rossmannie przy okazji promocji -40%.

Opakowanie: Rzekłabym, że opakowanie jak opakowanie, żadnych rewelacji, jednakże trzeba przyznać, że wyrazisty róż zwraca swoją uwagę (niestety, na zdjęciach jest on bardziej wypłowiały, w rzeczywistości jest bardzo oczo...wpadający! ;)

Pojemność: 12 ml, a więc trochę większa niż standardowa.

Rodzaj tuszu: pogrubiający, zagęszczający, wydłużający, rozdzielający rzęsy - a więc wszystko w jednym!

Szczoteczka: Ona zasługuje w tym tuszu na największą uwagę, gdyż jest innowacyjna. Z jednej strony ma krótkie silikonowe włoski, które mają za zadanie pogrubić nasze rzęsy, z drugiej ma wygięty łuk dłuższych włosków, które to mają wydłużać i rozdzielać rzęsy.


Co mówi producent: "Pogrubiająca formuła tuszu Rimmel Scandaleyes Xxtreme zagęszcza rzęsy sprawiając, że spojrzenie nabiera bardziej wyrazistego charakteru. Unikalna szczoteczka maksymalizuje siłę spojrzenia z podwójną siłą. Wygięta strona szczoteczki pogrubia i zagęszcza rzęsy jedna po drugiej. Płaska strona szczoteczki wydłuża i rozdziela rzęsy nie pozostawiając grudek".



Opinia: Producent zachwala w niebogłosy, jaki to cudowny tusz, z niemniej cudowną szczoteczką. I w jednym ma rację - używając szczoteczki z innym tuszem spełnia ona swoje zadanie, jednak sam tusz pozostawia wiele do życzenia.
Używałam go (a raczej mordowałam) przez okres kilku miesięcy, za każdym razem dając mu szansę. Niestety, na samym początku użytkowania tusz był tak wodnisty i lejący, że nie można było nim pomalować rzęs bez ubrudzenia połowy twarzy, a czasem nawet łazienki. Buteleczka jest tak skonstruowana, że nie zbiera nadmiaru tuszu, przez co zostaje go na szczoteczce o WIELE za dużo (patrz zdjęcie powyżej). W efekcie, jeśli chcemy pomalować rzęsy, musimy wycierać szczoteczkę kilkakrotnie o kant butelki, co jest pracochłonne i bezsensowne, a na dodatek mało estetyczne. Z racji tego, że tusz jest wodnisty, istnieje ryzyko, że podczas wycierania nadmiaru tuszu będzie on ochlapywał wszystko dookoła. Zdecydowanie nie o to chodzi w malowaniu rzęs!


Czytałam jednak na kilku stronach, że czasami tak jest i jedynym ratunkiem dla takiego tuszu jest przeczekanie, aż trochę zastygnie i zgęstnieje. Może dla innych tak, dla tego nie! Termin jego użyteczności po otwarciu to 12 miesięcy, ja czekam już z dobre 4 lub 5, ale nadal mam czarną mazię zamiast tuszu.
Przejdźmy jednak do bardziej interesującej części, a więc co tusz robi z rzęsami? Jak widać po opisie producenta robi cuda wianki na każdy problem, w rzeczywistości robi to:
  • masakrycznie skleja rzęsy (a przecież miał rozdzielać),
  • ciężko szczoteczką dosięgnąć krótkich rzęs w kącikach oczu,
  • tragicznie odbija się na powiekach, choćbym nie wiem jak starannie i delikatnie tuszowała rzęsy,
  • bardzo wolno schnie, więc jeśli nawet jakimś cudem udało mi się nie upaciać się podczas malowania, to i tak odbije się na powiece,
  • przy dwóch warstwach widocznie obciąża rzęsy, można nabawić się efektu "owadzich nóżek",
  • bardzo ciężko się zmywa, choć nie jest wodoodporny, jedynie taki płyn micelarny daje sobie z nim radę,
  • osypuje i rozmazuje się po krótkim czasie.
Żeby nie było, że produkt ten nie ma ani jednej zalety:
  • ma bardzo głęboki czarny kolor,
  • rzeczywiście część wydłużająca szczoteczki spełnia swoje zadanie, rzęsy są wydłużone,
  • nie ma drażniącego zapachu.
Moja ocena: 2/10 i to tylko dlatego, że udało mi się znaleźć jakieś małe plusiki.
NIE POLECAM!
  •  

wtorek, 5 stycznia 2016

Ulubieńcy 2015 roku - włosy

Witajcie!

Po dość długiej przerwie przychodzę do Was z nowym postem, w którym to chciałabym się z Wami podzielić moimi ulubieńcami minionego roku.
Przepraszam, że tak długo mnie nie było, ale miałam poważne problemy zdrowotne, które unieruchomiły mnie na długi czas. Mam nadzieję, że spędziliście magiczny czas świąteczny oraz, że wraz z nowym 2016 rokiem wszystkie Wasze marzenia się spełnią!
A teraz przejdźmy do rzeczy!

Rok 2015 był dla mnie ważny pod względem kosmetycznym, gdyż w ciągu tych 12 miesięcy przetestowałam mnóstwo kosmetyków, zarówno te, które były mi wcześniej znane, jak i totalnie dla mnie nowych. Z tych testów wynikło wiele spostrzeżeń, uwag, ale także przyjemności i nieprzyjemności, o których będę Was regularnie informować. Ponieważ ulubieńców zebrało się trochę, postanowiłam podzielić go na mniejsze posty. Dziś opowiem Wam o swoich włosowych ulubieńcach 2015.

1. Ulubiony szampon:
Dawno, dawno temu wydawało mi się, że wybór szamponu nie jest jakiś istotny dla moich włosów, z założenia, szampon miał myć i na tym kończyły się moje oczekiwania względem tego produktu. Jednak problemów z włosami miałam coraz więcej, więc zasięgałam porad i opinii w coraz to nowszych źródłach i doznałam szoku! Okazało się, że szampon jest ważny, a jeszcze ważniejszy jest sposób jego użytkowania, choć do tej pory wydawało mi się, że mycie głowy jest takie oczywiste. 
Przez cały rok przetestowałam wiele szamponów, lepszych i gorszych, ale zdecydowanie moim numerem jeden okazał się Timotei precious oils drogocenne olejki:


Bardzo dobrze myje moje włosy, genialnie się pieni i ma zniewalający zapach. Ponadto nie zawiera parabenów i barwników, a dodatkowo ma w swoim składzie organiczny ekstrakt z jaśminu, drogocenny olejek arganowy i migdałowy. Według producenta nadaje się on do włosów normalnych aż po suche, ale nawet z moimi, lekko przetłuszczającymi się, świetnie współpracuje. Ponadto nawilża i wygładza włosy, dodając im blasku. Dla mnie najlepszy szampon minionego roku! 

2. Odżywka do włosów.
Tutaj poszłam za ciosem i wraz z wyżej wymienionym szamponem stosowałam odżywkę z tej samej serii i również w tym przypadku się nie zawiodłam.

Podobnie jak szampon nie zawiera ona parabenów ani barwników, a ma w swoim składzie te same odżywcze składniki. Włosy po tym produkcie są pachnące, nawilżone, miękkie, miłe w dotyku i zniewalająco pachną! 

3. Maska do włosów
Tej pani chyba żadnej włosomaniaczce nie trzeba przedstawiać. Zdecydowanie najlepsza maska, jaką do tej pory używałam, bije na głowę nawet słynne Biovaxy! Mowa oczywiście o Alterrze bio-owoc granatu i bio-aloes:


Jest to maska do włosów suchych i zniszczonych, ale z powodzeniem może być stosowana na wszystkich rodzajach włosów. Głęboko odżywia włosy oraz zapewnia im miękkość, nawilżenie i blask. Nie zawiera parabenów, sztucznych barwników, substancji zapachowych oraz barwników (swój zniewalający zapach zawdzięcza naturalnym składnikom). Jest to produkt bez silikonów, parafiny i innych substancji ropopochodnych, a więc czysta natura zamknięta w małej tubce, która potrafi z włosami czynić cuda!

4. Suchy szampon
Tego rodzaju produktów nie używam praktycznie w ogóle, gdyż zawsze tak gospodaruję czasem, by mieć umyte włosy na każdą okazję. Jednak zdarzają się w życiu sytuacje awaryjne, których przewidzieć nie można, a w których należy (lub przynajmniej wypadałoby) uczestniczyć ze świeżymi włosami. Moim suchym szamponem roku 2015 jest... puder dla niemowląt babydream!  


Jest on rewelacyjną alternatywą dla gotowych produktów, ponadto jest o wiele delikatniejszy dla skóry głowy (patrz skład), łatwiej się go wyczesuje, a włosy po użyciu są świeże, nieobciążone i delikatnie pachną. Zdecydowanie lepszy niż wszystkie dostępne na rynku suche szampony!

5. Termoochrona
Ponieważ już dawno porzuciłam swój burzliwy romans z suszarką i wracam do niego jedynie w kryzysowych momentach, nie stosowałam zbyt wielu produktów z tej kategorii. Jednak romans z prostownicą raz na jakiś czas pielęgnuję (szczególnie w okresie zimowym), dlatego też musiałam zapewnić moich kłaczką sowitą ochronę. Długo szukałam produktu, który by mnie w 100% zadowolił i wciąż takiego nie znalazłam, jednak z czystym sercem ulubieńcem 2015 mogę nazwać spray prostujący włosy Marion keratin mix. Nie jest to oczywiście produkt do typowej termoochrony, jednakże nie dość, że pomaga ujarzmić moje włosy podczas prostowania, to również zapewnia im ochronę przed gorącem prostownicy. Jest on bardzo dobrym produktem dla włosów suchych, zniszczonych, a przy tym niezdyscyplinowanych. Dla mnie jak na razie najbliższy ideału!



Szczegółowe recenzje ulubieńców 2015 w kategorii włosy już wkrótce na blogu! :)

wtorek, 24 listopada 2015

Osobisty ranking drogerii

Dobry wieczór wszystkim!

Dziś chciałabym się podzielić z Wami moimi osobistymi spostrzeżeniami na temat drogerii (i sklepów), w których kupuję kosmetyki. Jak się okazuje, każda ma swoje plusy i minusy, często zdarza mi się podczas jednych zakupów odwiedzić wszystkie i w każdej kupić odpowiedni produkt, co też skłoniło mnie do utworzenia mini rankingu moich ulubionych drogerii. Ranking ten jest całkowicie osobisty, nie ma na celu reklamowania czy degradowania sklepów, nie jest on również przez nikogo sponsorowany, to wyłącznie moja osobista subiektywna opinia!

Aby łatwiej było rozstrzygnąć, kto powinien stanąć na podium, w swoim rankingu umieściłam kategorie, według których oceniam poszczególne sklepy: dostępność produktów, ceny, promocje i rabaty, program lojalnościowy, kontakt z klientem. W każdej z tych kategorii można zdobyć od 3 do 0 punktów.
Do rankingu wybrałam te sklepy, w których najczęściej dokonuje zakupów kosmetycznych, w kolejności alfabetycznej są to: Astor (Drogerie Polskie), Biedronka, Hebe, Rossmann oraz Super-Pharm.

ASTOR

  1. Dostępność produktów:W przypadku tej drogerii dostępne są wszystkie produkty, których używam, a ponadto znajdziemy tam również produkty, których nie oferują żadne inne wymienione sklepy, np. odżywki i szampony do włosów niemieckiej firmy Balea. Znajdziemy tam zarówno artykuły kosmetyczne, jak i chemię gospodarstwa domowego. 3 punkty.
  2. Ceny:Muszę z czystym sumieniem powiedzieć, że ceny regularne niektórych produktów są niższe niż np. cena tego samego kosmetyku w promocji w innej drogerii. Ogólnie cenówka jest przystępna, na każdą kieszeń. Zdecydowanie 3 punkty.
  3. Promocje i rabaty:Tutaj wielkiego pola do popisu nie ma, bo choć drogeria jest pełna produktów różnych marek, raczej trudno o wielkie promocje i rabaty. Wystarczy zresztą przejrzeć "gazetkę" i od razu widać, że promocyjnych produktów jest o wiele mniej niż np. w "gazetce" Rossmanna. Jednak biorąc pod uwagę, że regularne ceny nie są wysokie, nie stanowi to wielkiego minusu tego sklepu. Ponadto bardzo często możemy spotkać się z jakąś lokalną promocją, której nie znajdziemy w gazetce. Punków 2.
  4. Program lojalnościowy:Każdy klient drogerii Astor może założyć sobie Kartę Klienta.
    Karta ta jest kartą do zbierania punktów. W regulaminie zastrzeżone jest, że aby dostać kartę należy jednorazowo dokonać zakupów na kwotę 100 złotych, jednakże ja ją otrzymałam po uprzejmym zapytaniu :) Punkty zbiera się przy każdych zakupach, w momencie okazania niniejszej karty, a punkty z niej można wymienić na rabat lub zniżkę przy kolejnych zakupach. Każda wydana złotówka to 90 punktów. Aby uzyskać rabat należy zebrać 18900 punktów, które wymienia się na kwotę 9 złotych.
    Podsumowując: aby zdobyć rabat należy dokonać zakupów na kwotę 210 złotych.
    Moim zdaniem wielkim plusem jest wprowadzenie programu lojalnościowego, jednakże funkcjonowanie tego systemu nie jest dla mnie zbyt korzystne. Wprawdzie odwiedzam drogerię dość często, jednak próg punktowy jest i tak, moim zdaniem, dość wysoki. Wolałabym dostawać mniej punktów za złotówkę, ale móc szybciej je wymieniać i nie tylko na rabat 9 złotowy. W związku z tym, w tej kategorii 1 punkt.
  5. Kontakt z klientem:Nie chodzi mi tutaj zupełnie o to, w jakim standardzie jestem obsługiwana w pojedynczym sklepie, jednak, w jaki sposób jestem informowana np. o bieżących promocjach. W tym aspekcie drogeria leży i kwiczy. Nie dostaję żadnych maili, SMSów, powiadomień, a gazetka nie trafia do mojej skrzynki. Czasami uda mi się "łapsnąć" ulotkę od pani, która rozdaje je po drodze do sklepu. Ocena: 0 punktów.
    SUMA: 9/15
 
 BIEDRONKA
 
  1. Dostępność produktów:Biedronka nie jest drogerią, a więc w kwestii dostępności produktów nawet nie ma co konkurować z innymi sklepami. Jednakże pomimo tego, w swojej ofercie ma kilka produktów znanych marek, a ponadto produkty własnych marek, które niejednokrotnie nie odbiegają od tych poprzednich, a nawet są lepsze. Jednakże, będąc sprawiedliwą, muszę w tym miejscu przyznać tylko 1 punkt.
  2. Ceny:Jeżeli weźmiemy pod uwagę wąski asortyment tego sklepu i tak zauważymy, że ceny są atrakcyjne. Często nie tylko produkty "biedronkowe" mają niskie ceny, dlatego też przyznaję 2 punkty.
  3. Promocje i rabaty:W tym miejscu właściwie nie ma, co oceniać. Typowe promocje na produkty kosmetyczne zdarzają się naprawdę rzadko, a kwestia ubogiego asortymentu nie pozwala zbtnio cieszyć się tymi promocjami. Jednakże biorąc pod uwagę, że produkty w cenach regularnych są i tak wyceniane nisko, pozwolę sobie przyznać 1 punkt.
  4. Program lojalnościowy:Krótko i zwięźle: 0 punktów.
  5. Kontakt z klientem:Tutaj, podobnie jak w przypadku Astora, ciężko mówić o jakimś personalnym marketingu, jednak, podczas zakupów można ze sklepu wziać sobie gazetkę z aktualną ofertą promocyjną, choć bardzo żadko znajdziemy w niej produkty kosmetyczne. Ocena: 1 punkt.
    SUMA: 5/15
HEBE
  1. Dostępność produktów:W Hebe znajduję z reguły wszystko to, co potrzebuję. Nie zauważyłam jakiś drastycznych braków w asortymencie, chociaż brakuje mi kilku szaf z "kolorówką". Nie zauważyłam także żadnych "ekstra" produktów, których nie mogłabym znaleźć w innej sieciówce. Nie ma również żadnych produktów dedykowanych wyłącznie drogerii Hebe (a przynajmniej takich nie widziałam), choć czasami zdarza się, że na półce znajdzie się jakiś kremik "dostępny tylko w Hebe". Ponadto produkty gospodarstwa domowego, jednak ich ceny nie są zbytnio konkurencyjne, a także produkty spożywcze! Punktów 2.
  2. Ceny:Ceny regularne w Hebe nie należą do moich ulubionych, uważam, że jest tam po prostu drogo. Jedynym ratunkiem dla portfela jest przystąpienie do programu lojalnościowego, o których niżej. W związku z tym, jedynie 1 punkt.
  3. Promocje i rabaty:W tej kwestii Hebe daje często popis. Praktycznie nie ma tygodnia, by nie pojawiła się jakaś promocja, a co ciekawe, zawsze inna. A to jakieś procentowe rabaty, a to drugi produkt tańszy... faktycznie, nie można się nudzić. Jedyne, do czego moja osoba mogłaby się przyczepić, to fakt, że często promocja dostępna jest dla osób posiadających kartę Hebe, a także fakt, że niektóre produkty w promocji są droższe niż te same w promocji u innych (choć nie zdarzyło mi się, by coś w promocji z Hebe było droższe niż regularna cena w innych sklepach, co jest plusem). Ogólna ocena promocji i rabatów wychodzi na 2 punkty.
  4. Program lojalnościowy:Podobnie jak w przypadku Astora, każdy klient może zaopatrzyć się w kartę Hebe, dzięki której może korzystać z rabatów. I to już jest punkt. Kartę może posiadać każdy, wystarczy wypełnić odpowiedni formularz.
    Jednakowoż mam bardzo wiele do zarzucenia funkcjonowaniu tego systemu. O ile w przypadku Astora mierźwi mnie kwota punktów do zdobycia oraz tylko jedna droga do ich zrealizowania, o tyle w przypadku Hebe w ogóle nie rozumiem, po co ta karta jest. Nie zbiera się na niej żadnych punktów za zakupy, służy ona jedynie, jak mówi regulamin, do: "gromadzenia informacji związanych z aktywnością konsumencką, tzn. częstotliwością dokonywania zakupów...", a jedynym ich profitem jest (i tu znów z regulaminu): "kierowanie do nich [Uczestników Programu Lojalnościowego] akcji promocyjnych umożliwiających zakup w danym okresie oznaczonych towarów w promocyjnych cenach". Krótko mówiąc karta jest tylko po to, by ktoś widział jak często i co kupujesz i ewentualnie przesyłał Ci reklamy. Dla mnie to nie jest program lojalnościowy! Puntów 1, tylko dlatego, że z kartą można coś kupić taniej.
    Plusem jest, że kiedy zapomnimy karty, wystarczy przy kasie podać swój numer telefonu, którego użyliśmy podczas rejestracji. 
  5. Kontakt z klientem:Kontakt z klientem jest, zarówno przez mail, jak i SMS, jednak odnoszę czasami wrażenie, że jest on zbyt "nachalny" - potrafię w jednym tygodniu dostać po 3/4 wiadomości, zarówno na telefon, jak i skrzynkę pocztową. Gazetek nie widziałam nigdy, ale może to i lepiej, bo tego już by było dla mnie za dużo. Z drugiej strony, skoro karta jest po to, by monitorować moje zakupy, to czy nie można wysyłać do mnie tylko tych ofert, z których mogłabym skorzystać, a podarowanie sobie tych, z których nigdy nie skorzystałam, nie korzystam i zapewne korzystać nie będę? W związku z tym znów tylko 1 punkt.
    SUMA: 7/15
ROSSMANN
  1. Dostępność produktów:W Rossmanie mam wszystko to, czego dusza zapragnie. Nie spotkałam się jeszcze z sytuacją, w której chcę kupić jakiś kosmetyk, a w Rossmanie go nie ma (no, chyba, że się wyprzedał!). Ponadto Rossmann prowadzi sprzedaż produktów dedykowanych wyłącznie tej sieci, jak np. Isana, które są atrakcyjne cenowo, jak i jakościowo, choć do niektórych można się przyczepić. Oprócz kosmetyków, również dostępne są środki czystości, jak i wiele gadżetów do domu, np. kubki, ręczniki itd. Dodatkowo można kupić coś do jedzenia i picia, w tym np. wino!, ale także wszelkiego rodzaju dietetyczne czy np. bezglutenowe przekąski, z czego napewno gro osób jest bardzo wdzięczna drogerii :)
    W tym przypadku sklep nigdy mnie nie zawiódł, wobec czego słuszne 3 punkty na jego konto.
  2. Ceny:Przyznam szczerze, że baaaaardzo rzadko udaje mi się kupić coś w regularnej cenie w Rossmannie, dlatego też nawet nie jestem w stanie ocenić, czy są one przystępne, normalne, czy zbyt wygórowane. Jedyne, co w tej kwestii mogę powiedzieć, to fakt, że czasami zdarza się, że cena promocyjna produktu w Rossmannie jest wyższa niż cena regularna tego samego np. w Astorze, co skłania mnie, aby sądzić, że niektóre ceny w Rossmannie są nieprzystępne. Wobec powyższych, punktów 2.
  3. Promocje i rabaty:Tu chyba sięgamy do torby bez dna! Promocje w Rossmannie są ZAWSZE! I to na przeróżne produkty, nie tylko te kosmetyczne. Czasami mam wrażenie, że w tym sklepie nie ma cen regularnych :P Ponadto Rossmann raz na jakiś czas robi wielkie akcje promocyjne, jak słynne ostatnio -49% na..., które obejmują wybrane grupy produktów (a nie marki!). Osobiście uważam, że to rewelacyjne i przyciąga naprawdę wielu klientów. W sumie, kiedy nie wejść do Rossmanna, zawsze coś na promocji :D Zdecydowanie 3 punkty!
  4. Program lojalnościowy:I to mnie najbardziej dziwi, zaskakuje i smuci - Rossmann nie posiada żadnego programu lojalnościowego dla swoich klientów (nie licząc tego dla mam i ich pociech), co jest dość specyficzne na rynku kosmetycznym. Z drugiej strony drogeria posiada tyle programów promocyjnych, że chyba taki program jest po prostu zbędny. Mimo to, sprawiedliwie, muszę przyznać zero punktów...
  5. Kontakt z klientem:Osobiście gazetka z promocjami do mnie nie trafia, jednakże z każdą nową promocją dostaje maila, więc jestem usatysfakcjonowana. W przeciwieństwie do Hebe nie jestem zalewana wiadomościami, co również sobie cenię. 3 punkty.
    SUMA: 11/15
 
SUPER-PHARM
  1. Dostępność produktów:Podobnie jak Rossmann czy Astor, Super-Pharm nie zawodzi na tym polu. Są tu wszystkie produkty, które kupuję i nigdy nie miałam problemu ze znalezieniem odpowiedniego. Ponadto znaleźć tu można rzeczy niedostępne w innych drogeriach, a dodatkowo Super-Pharm posiada własną markę "Life". W asortymencie zarówno kosmetyka, jak i produkty chemii gospodarczej. Bardzo mocna, najmocniejsza trójeczka punktów!
  2. Ceny:Niestety, często produkty w cenach regularnych są po prostu droższe, niż w innych drogeriach. Nie jest to być może zatrważająca różnica, ale biorąc pod uwagę zakupy kilku, może być lekko odczuwalna dla budżetu. Jednakże, prawie jak w przypadku poprzednika, rzadko zdarza mi się nabywać coś w regularnych cenach, dlatego uważam, że 2 punkty będą sprawiedliwą oceną.
  3. Promocje i rabaty:Akcje promocyjne w tej drogerii lubię najbardziej. Na początku nie były one zbyt powalające, jednakże muszę przyznać, że z czasem nabrały rozpędu. Dziś śmiało je mogę porównać do tych z Rossmanna, a czasami są nawet o niebo lepsze! Niestety, w większości wypadków promocja dostępna jest dla posiadaczy Karty LifeStyle, czyli Karty Klienta Super-Pharm. Dlatego też, po raz drugi 2 punkty!
  4. Program lojalnościowy:Program lojalnościowy tej drogerii uwielbiam! Oczywiście, pojawia się znana już Karta Klienta. którą może zdobyć każdy, jeśli tylko wypełni odpowiedni formularz.
    Jednak to, co najbardziej przekonuje mnie do tego programu, to jego funkcjonowanie. Po pierwsze punkty zdobywane są przy każdych zakupach w systemie jeden punkt za każde 5 złotych, co może wydawać się dosyć "skąpe", jeśli przypomnimy, że w Astorze za każdą złotówkę jest już 90 punktów. Jednakże system wymiany jest zupełnie inny. Karta LifeStyle pozwala na zakup produktów w promocyjnych cenach, ale punktami można też dopłacić za wybrane produkty (o których dowiemy się z aktualnej oferty promocyjnej). Punktów nie można wymienić na gotówkę czy określony rabat, co ma swój plus, gdyż czasami, przy dopłacaniu za zakup wychodzi, że 100 punktów to 3 złote rabatu, a czasami aż 10! Po drugie w dniu urodzin za każde wydane 5 złotych otrzymujemy 3 punkty! I po trzecie, co jakiś czas na maila (lub do pobrania w aplikacji) przychodzi kilka kuponów rabatowych na przeróżne produkty, do których dostęp mają jedynie posiadacze Karty. W związku z tym przyznaję 3 punkty!
  5. Kontakt z klientem:Informacje o ofertach promocyjnych dostarczane są zarówno za pomocą SMSów, jak i maili, przy czym nie jest to uciążliwe, jak w przypadku Hebe. Wprawdze SMSy przychodzą z podobną częstotliwością (przypominają o każdej zbliżającej się promocji), o tyle w mailach dostaję wyłącznie nowe "gazetki", co sprawia, że nie jestem przytłoczona zalewem wiadomości od Super-Pharm. Dlatego też punktów 3.
    SUMA: 13/15
  
Podsumowując, według mnie, najlepszą drogerią jest Super-Pharm, który zmiażdzył konkurencję aż trzynastoma punktami. Kolejne miejsca to:
  1. Super-Pharm 13 punktów
  2. Rossmann 11 punktów
  3. Astor 9 punktów
  4. Hebe 7 punktów 
  5. Biedronka 5 punktów

A jakie są Wasze ulubione drogerie? Zgadzacie się z moim rankingiem? Piszcie w komentarzach!

sobota, 21 listopada 2015

Włosy to nie liście - nie powinny spadać na jesień!

Witajcie!

Dziś przychodzę do Was z recenzją i moją oceną produktu marki Cece of Sweden, a dokładniej z serii Salon - "Coconut Milk&Biotin Conditioner", czyli odżywki przeciw wypadaniu włosów.
Niestety, podczas ostatnich porządków, wyrzuciłam zużytą butelkę zanim ją sfotografowałam, dlatego też dzisiejszy post będzie musiał zaistnieć bez zdjęć.
Aby jednak ukazać, o jaki konkretnie produkt mi chodzi odsyłam Was tutaj.

Odżywkę kupiłam jakiś czas temu w Super-Pharm na promocji za ok. 10 złotych (jej regularna cena, o ile dobrze pamiętam, sięga około 20 złotych), skuszona jej działaniem, składem oraz zniewalającym zapachem.
Problem z wypadaniem włosów dosięgnął mnie stosunkowo niedawno. Nie jest to wypadanie spowodowane hormonami czy innymi "medycznymi" przyczynami, włosy lecą na potęgę ponieważ przez długi czas katowałam je farbowaniem, prostowaniem i suszeniem, a do pielęgnacji przykładałam uwagę równą minus jeden. Jednakże kiedy włosy zaczęły się pojawiać nie tylko na szczotce, ale w całym mieszkaniu, wzięłam sprawę w swoje ręce i pierwszym produktem, po który sięgłam była właśnie wyżej wymieniona odżywka, o której trochę Wam dziś opowiem.

OPAKOWANIE I POJEMNOŚĆ
Odżywka zapakowana jest w białą plastikową butelkę z etykietą, zakręcona otwieranym korkiem z mała dziurką. Plastik jest dość twardy, co powoduje, że wyciśnięcie resztek produktu jest dość skomplikowane, a sama budowa opakowania nie pozwala postawić odżywki "do góry dnem", do czego przyzwyczaiły mnie odżywki innych producentów. Niemniej jednak, nie jest to jakiś duży minus, ale minus.
Pojemność 500 ml wystarcza na dość długo. Ja ją stosowałam ponad miesiąc codziennie.

KONSYSTENCJA
Produkt ma typową konsystencję odżywki, a więc lekko kremową. Nie jest ona ani zbyt gęsta, ani zbyt wodnista, co jest dużym plusem, bo łatwo się ją aplikuje i naprawdę trzeba bardzo się postarać, by nałożyć jej za dużo. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że trzeba tej odżywki użyć co najmniej pół opakowania, gdyż nie jest ona gęsta i nie zostawia widocznych śladów na włosach, jednak metodą prób i błędów doszłam do wniosku, że odżywki nie trzeba nakładać dużo, gdyż wizualne "braki" powodowane są raczej używaniem wcześniejszych produktów, które były na włosach widoczne, ta widoczna nie jest.

SKŁAD
Niestety, ponieważ opakowanie zostało wyrzucone, nie jestem w stanie szczegółowo określić składników produktów, ani kolejności w jakiej występują. Jedyne, co wiem, to że posiada mleczko kokosowe i biotynę, niestety, nie wiem, gdzie są one umiejscowione na liście składników... Mimo to, przybliżę iż:
mleczko kokosowe ma za zadanie wygładzić włosy i dodać im blasku (a ponadto nadaje zapach odżywce), natomiast biotyna to witamina H, która wzmacnia włosy, zapobiega ich wypadaniu, ale także stymuluje wzrost nowych. 

APLIKACJA
Odżywkę nakładamy na wcześniej umyte włosy. Stosujemy niewielką ilość, którą wcieramy we włosy i pozostawiamy na 3 minuty. Po tym czasie spłukujemy ciepłą wodą.
Tak mówi producent. Ja jednak wcieram niewielką ilość we włosy i pozostawiam ją na trochę dłużej (mniej więcej czas, w jakim biorę prysznic), a następnie spłukuję ją zimną wodą (żeby domknąć łuski włosów). Produkt jest lekki, a więc nie obciąża włosów, przez to też można go spłukiwać zimną wodą.

OPINIA
Produkt linii Salon sprawdził się na moich włosach, jednakże nie w 100%. Zacznijmy jednak od plusów:
+ cena (na promocji),
+ pojemność,
+ zapach,
+ nie obciąża włosów, a wręcz zauważyłam, że lekko unosi je u nasady,
+ zapobiega wypadaniu włosów - nie całkowicie, jednak widzę po swoich, że odkąd zaczęłam używać tego produktów, włosów wypada zdecydowanie mniej,
+ nie obciąża włosów,
+ wygładza włosy i dodaje im blasku.
Minusy:
- cena (regularna), choć biorąc pod uwagę pojemność, wcale nie jest aż tak droga,
- nie zauważyłam wysypu baby hair, co może świadczyć o tym, że nie sprawdza się jako stymulator nowych włosów,
- dostępność (jak na razie widziałam ją tylko w drogerii Super-Pharm),
- niestety, nie zauważyłam zbytniego odżywienia, o którym wspomina producent.

MOJA OCENA
Reasumując, biorąc pod uwagę, że miała to być z założenia odżywka przeciw wypadaniu włosów, w tym celu się sprawdziła. Jeżeli jednak oceniać produkt pod kątem zgodności z obietnicami producenta, wypada on nieco słabiej, dlatego też wystawiam mu ogólną ocenę 7,5/10.

poniedziałek, 9 listopada 2015

Jesiennie nie znaczy smętnie!

Witajcie!

Do dzisiejszego posta zainspirowała mnie inna blogerka (zajrzyj tutaj!). 
Jesień przeważnie kojarzy się w dwojaki sposób: albo mówimy o "polskiej złotej jesieni", którą chyba już trudno zauważyć, albo zestawiamy przymiotnik "jesienny" z depresją, chandrą i ogólnie wszelkim złem. Jak przetrwać to zło? Oto kilka moich propozycji :)

1. Uśmiechaj się do świata!
To, że za oknem szaro, buro i nijako nie musi oznaczać, że Twoja twarz też tak musi wyglądać. Wprawdzie wielu naukowców powtarza, że pogoda ma wpływ na nasze samopoczucie (i nie będę się z tym sprzeczać), jednakże dlaczego by nie podjąć wyzwania?! Zapewne jest wiele rzeczy, które mogą wywołać uśmiech na Twojej twarzy, a więc nie chowaj go na dno szafy, tylko dlatego, że pogoda nie chce uśmiechnąć się do Ciebie!
:)

2. Czas na herbatę... Czas na HOT!
Podczas letnich upałów fajnie eksperymentowało się z lemoniadami, owocami, sokami itd. Teraz, kiedy przyszły jesienne dni, jedyne, co udaje Ci się zrobić to herbata z torebki? A może by tak dodać do niej trochę rozgrzewających akcentów, tak, żeby znów poczuć letnie promienie słońca? :)
Co najlepiej dorzucić do napojów "five o'clock"? Standardowo miód lub cytrynę, ale także imbir, cynamon, przyprawy korzenne, goździki. Preferujesz coś więcej niż czarną herbatę? Rynek przychodzi z odsieczą i zalewa nas herbatkami w przeróżnych smakach, ale jeśli nie dają Ci one satysfakcji, sama pobaw się smakami. Do herbaty możesz dodawać zarówno świeże owoce jak i suszone. Jakie? Wybór zależy już tylko od Ciebie :)

Jeśli jednak z jakiś powodów wolisz coś "mocniejszego", to możesz zrobić sobie herbatkę z "prądem", która rozgrzeje, ale i w większych ilościach pomoże w spełnieniu punktu numer 1! :)

3. Dobra książka vs. dobry film.
Pod pojęciem "dobra" nie ukrywam żadnych tytułów. Każdy z nas preferuje inną literaturę oraz inny rodzaj kina, to, co uważam za dobre JA, może dla CIEBIE nie mieć znaczenia, i odwrotnie. Dlatego też sięgnij po taką książkę, którą lubisz, a do której nie miałaś czasu wrócić, taką, którą planujesz przeczytać, a jakoś nigdy nie masz czasu, taką, którą pożyczyła Ci koleżanka i już dawno powinnaś oddać - jakąkolwiek! Dzień jest coraz krótszy, więc wydawać by się mogło, że masz o wiele mniej czasu na takie przyjemności, ale, zaufaj mi, nic tak nie relaksuje w listopadowe zimne wieczory jak dobra lektura pod ciepłym kocem.
Nie jesteś zwolennikiem czytania? (tylko się do tego nie przyznawaj :P) Zamień książkę na film. Instrukcja wyboru i postępowania jest identyczna.
Pamiętaj! Ma Ci to sprawić przyjemność, więc wybieraj mądrze ;)

4. Ciepło, cieplutko, cieplusio!
Za oknem hula wiatr (masz wrażenie, że halny), o szyby dzwoni deszcz, mgła osnuwa białą kołderką cały świat. Zakołderkuj się też! Oczywiście nie na całe życie, nie z depresją sięgającą wykopalisk archeologicznych, ale z punktem od 1. do 3.
Warto na ten sezon zakupić sobie miły w dotyku i ciepły koc. To również czas, w którym już nikt nie będzie się śmiał z Twojej pluszowej piżamki, czy kapci po same kolana. W sklepach znajdziesz wiele wzorów, kolorów i fasonów. Nawet zmarzluchy chcą podążać za nowymi trendami modowymi, więc schowaj do szuflady kuse haleczki (ale nie głęboko, bo w wyjątkowych sytuacjach mogą się przydać i w listopadzie ;)) i oblecz swe ciało ciepłem piżamek, skarpetek, kocyków, czy co tam jeszcze los Ci dał! :)

5. Ciemno wszędzie... Co to będzie?
Listopad przynosi wiele złego - jest zimno, mokro i... ciemno! Tęsknimy za niekończącym się dniem, różowo-pomarańczowymi wieczorami i gwieździstymi nocami. Jest na to sposób! Warto uzbroić się w świece, duże i małe, jakie tylko chcesz, byleby były pachnące! Nie dość, że wprowadzą do domu nastrój ciepła, przyjemności, intymności, to na dodatek otulą Cię ulubionymi zapachami. Pamiętaj, że wspomnienia to także zapachy, a więc jeśli tegoroczne lato kojarzyło Ci się ze słodkimi truskawkami, a wakacyjny romans przeżywałaś w różanym ogrodzie, uzbrój się w te zapachy. I znów pomożesz sobie w osiągnięciu punktu number one ;)

6. Niczym Afrodyta.
Wprawdzie od kilku miesięcy osobiście zostałam pozbawiona tego sposobu na jesień, ale jeśli akurat jesteś szczęśliwą posiadaczką wanny, wykorzystaj to!
Płyny, sole, oleje - lej wszystko pod strumień gorącej wody, połóż się i zapomnij o całym świecie. Możesz przy okazji relaksu sięgnąć po któryś z poprzednich punktów. Bądź Afrodytą i wyłaniaj się z piany!

To moja szczęśliwa szóstka na poradzenie sobie z jesienią, tą zimną i ciemną. Najlepiej sprawdza się, jeśli łączysz poszczególne punkty, ale najważniejsze jest, żeby znaleźć to, co sprawia Ci najwięcej przyjemności i co w najszybszy i najskuteczniejszy sposób przenosi się gdzieś z dala od listopada!

A Ty? Jak sobie radzisz z jesienią? :)

sobota, 7 listopada 2015

Peeling myjący Joanna body Naturia

Witam!

Po dość długiej przerwie przychodzę do Was z kolejnym postem. Dziś na tapecie mamy peeling myjący z Joanny, seria body Naturia.
Chyba nikomu nie trzeba przedstawiać, czym peeling jest, a więc podstawowe informacje sobie odpuszczę,
Ja używam peelingów dosyć często, wcześniej sama je tworzyłam, na różne domowe sposoby, ale z biegiem czasu zauważyłam, że biorąc pod uwagę drogeryjne produkty, taka domowa produkcja to dla mnie strata czasu, a jak się potem okazało, w niektórych przypadkach nawet pieniędzy.
Przetestowałam wiele różnych peelingów, od tych najtańszych, po te trochę droższe (najdroższe sobie odpuściłam) i moim osobistym "number one" są właśnie peelingi z Joanny.
Dlaczego?
Przyjrzyjmy się im bliżej...

Do dzisiejszego posta zwerbowałam swój ulubiony peeling - kawowy. Jednak seria ta posiada całą gamę zapachów m.in. truskawka, gruszka czy czarna porzeczka. Wspominam o zapachu, gdyż jest on jednym z kluczowych aspektów, które sprawiają, że używanie tych produktów to sama przyjemność.



OPAKOWANIE I POJEMNOŚĆ
Peelingi z Joanny zapakowane są w plastikową przezroczystą buteleczkę o pojemności 100 g. 
Na przedzie zawsze widnieje nadruk z wybranym zapachem (w tym przypadku ziarna kawy). Ponadto przednia etykieta informuje nas, że mamy do czynienia z peelingiem myjącym, wygładzającym.
Opakowanie jest poręczne i wygodne w użyciu. Zmieści się nawet do małej kosmetyczki, dlatego też, jeśli wybieram się na krótkie wyjazdy zawsze zabieram go ze sobą, zamiast standardowego żelu pod prysznic.
Jedyny minusem tego opakowania jest to, że kiedy peeling się już kończy, niestety nie można go wydobyć "do ostatniej kropli", jednak w takim przypadku radzę sobie nożyczkami - przecinam buteleczkę na pół i palcami wyciągam resztki produktu.

KONSYSTENCJA
Peeling ma konsystencję żelu z mikrodrobinkami, które ścierają martwe komórki naskórka i oczyszczają, pozostawiając skórę miękką w dotyku.
Rozprowadza się na skórze dobrze. Na opakowaniu napisane jest, że należy niewielką ilość peelingu nałożyć na skórę i masować kolistymi ruchami aż do wytworzenia piany, jednak jest to niemożliwość, gdyż mała ilość peelingu nie jest w stanie wytworzyć piany, a zbyt mocne wcieranie w skórę może ją podrażnić. Ja osobiście stosuję peeling jak żel pod prysznic, nie oczekując na pianową przyjemność.


SKŁAD
Produkt ten na pierwszym miejscu w składzie ma oczywiście wodę.

Następnie polyethylene sodium laureth sulfate, czyli znienawidzony przez wielu SLS (szczególnie w przypadku kosmetyków do włosów), jeśli zaś chodzi o obecność SLS w peelingu, osobiście nie widzę przeciwwskazań. Substancja ta ma na celu odtłuszczanie. Wprawdzie wysusza ona skórę, ale peeling ma za zadanie oczyścić ją i usunąć martwy naskórek, dlatego wydaje mi się, że w tym przypadku dodanie SLS nie jest wielką zbrodnią. Tym bardziej, że zaraz za następnym składnikiem znajdujemy glicerynę, która ma właściwości nawilżające.
Przed gliceryną mamy jeszcze cocamidopropyl betaine a po niej disodium laureth sulfosuconate - substancje myjące, które usuwają zanieczyszczenia z powierzchni skóry, przy czym są one łagodne dla skóry i błon śluzowych.
Następnie mamy triethanolamine czyli regulator pH. Dalej acrylates/c10-30 alkyl acrylate crosspolymer, który wygładza i zmiękcza, nawilża skórę, a ponadto stabilizuję zawiesinę produktu.
Najważniejsze składniki, jak widać, przynoszą naszej skórze wiele dobrego! :)

APLIKACJA
Producent z tyłu opakowania zamieścił instrukcję użytkowania:
"Niewielką ilość peelingu nanieść na zwilżoną skórę. Masować kolistymi ruchami do pojawienia się piany, a następnie spłukać. Stosować 2-3 razy w tygodniu".
Jednak, jak już wspomniałam, na mega pianę nie ma co liczyć.
Aplikacja jest przyjemna, łatwa i nie sprawia większych problemów. Produkt jest na tyle gęsty, że nie spływa ze skóry, rozprowadza się niczym krem.

OPINIA
Kosmetyku używam już od baaaardzo długiego czasu. Przypadł mi do gustu, jak żaden inny produkt tego typu, przede wszystkim ze względu na:
a) cenę - w promocji w Super-Pharmie można go dostać za 3,50zł, ale normalna cena nie przekracza 5 złotych,
b) poręczność, wielkość - można go zabrać ze sobą wszędzie, a i w najmniejszej łazience zawsze znajdzie się dla niego miejsce,
c) zapach - jest obłędny, sprawia, że stosowanie produktu jest przyjemnością, pozwala się zrelaksować, ponadto utrzymuje się na skórze,
d) działanie - producent obiecuje, że po zastosowaniu skóra będzie oczyszczona, gładka i miła w dotyki, przyjemnie pachnąca - wszystkie te obietnice produkt spełnia!

MOJA OCENA
10/10

Zdecydowanie najlepszy peeling na rynku!